Maroko cz. 1: Agadir – pierwszy raz w Afryce na własną rękę

Agadir – pierwsze spotkanie z Marokiem

W 2024 roku wybraliśmy się na all inclusive do Marsa Alam w Egipcie. Była to nasza pierwsza podróż do Afryki i zostawiła po sobie wspaniałe wspomnienia. Dlatego zaczęliśmy szukać kolejnego kraju na tym kontynencie, który moglibyśmy odwiedzić, tym razem na własną rękę.
Padło na Maroko – kraj, który z jednej strony jest stosunkowo bliski kulturowo Europie, a z drugiej wciąż potrafi zaskoczyć egzotyką i zupełnie innym sposobem życia.

Do Maroka dostaliśmy się samolotem linii Wizz Air z Katowic do Agadiru. Lot trwał około czterech godzin. Już podczas lądowania mieliśmy piękny widok na góry Atlasu, a po drugiej stronie samolotu rozciągał się Atlantyk. Pod nami ciągnęły się bezkresne sady drzew arganowych – gatunku endemicznego, występującego naturalnie tylko w tej części świata.

To właśnie sady arganowe są jednym z charakterystycznych elementów okolic Agadiru.
Bez nich południowe Maroko sprawiałoby wrażenie niemal wyłącznie skalistej i pustynnej krainy, urozmaiconej jedynie niewielkimi oazami palm daktylowych.

Po wyjściu z samolotu na płytę lotniska uderzyło nas ciepłe i suche powietrze.
Był koniec stycznia 2026 roku, więc dla kogoś, kto właśnie zostawił za sobą Polskę z kilkunastostopniowym mrozem, ponad 20 stopni było naprawdę przyjemną odmianą.

Dwa lub trzy tygodnie później temperatura byłaby pewnie jeszcze przyjemniejsza i wieczorami nie trzeba byłoby zakładać polara ani cienkiej kurtki.
Nie chcieliśmy jednak czekać.
Styczeń w Polsce potrafi człowieka skutecznie pozbawić chęci do życia. No, chyba że trafimy na piękną, białą zimę przez całe trzy miesiące.

Dodatkowym argumentem za wyjazdem w styczniu były ceny. Loty do Maroka w tym okresie potrafią być naprawdę tanie. Nasze bilety w dwie strony kosztowały 380 zł za osobę, nie licząc zniżki wynikającej
z programu Wizz Discount Club.

Pierwsze zakupy i transport z lotniska

Wracając na ziemię – dosłownie i w przenośni. Po wejściu do hali lotniska i przejściu przez kontrolę paszportową natknęliśmy się na stanowiska operatorów komórkowych. Pracownice zachęcały przyjezdnych do zakupu kart SIM, oferując przy okazji pomoc w ich instalacji i aktywacji.

Jedna karta kosztowała 10 euro i oferowała 20 GB internetu na 7 dni. Całość zajęła może dwie minuty.

Bez kombinowania i bez zastanawiania się, czy ktoś właśnie próbuje nas zrobić w balona.

Sporo czytaliśmy wcześniej o oszustwach przy zakupie kart SIM w małych punktach w centrach miast, dlatego w tym temacie nie chcieliśmy zbytnio się wysilać. Jak to mówią – chytry dwa razy traci. Woleliśmy dopłacić kilka euro i mieć temat z głowy.

Po wyjściu z lotniska przeszliśmy między parkingami i stanowiskami prywatnych przewoźników, mijając
po drodze rząd palm. Kierowaliśmy się prosto, aż do ronda przy głównej drodze.

img 20260127 wa0014

Tam skierowaliśmy się w lewo, czyli na zachód, i przeszliśmy na drugą stronę, gdzie znajdowała się zatoczka autobusowa w formie ubitej ziemi przy asfalcie. W tym miejscu zatrzymują się taksówki, autobus transferowy z lotniska do miasta, a także autobusy miejskie jadące do Inezgane, skąd można dostać się do centrum Agadiru.

Nie byliśmy jeszcze wystarczająco obeznani z targowaniem się z kierowcami taksówek, a Google Maps całkiem nieźle pokazywał połączenia komunikacyjne. Zdecydowaliśmy się więc na najtańszą opcję – autobus miejski.

Po około 20 minutach podjechał autobus.

– Inezgane? Jihadia Souk? – zapytałem kierowcę.

Pan wziął od nas 8 MAD, czyli około 3,70 zł. Po kolejnych 15 minutach czekała nas przesiadka. Wysiedliśmy na Jihadia Souk, czyli targowisku.

Pierwszy marokański autobus

Na przystanku stał tłum ludzi. Kiedy drzwi autobusu się otworzyły, trzeba było po prostu stanąć w tłumie – najlepiej z rękami na kieszeniach – i dać się ponieść w stronę wejścia.

Wmieszani w tłum starszych pań w burkach, mężczyzn w długich rękawkach i dżelabach oraz dzieciaków
w szkolnych mundurkach powoli wpełzliśmy przednim wejściem.

Przy drzwiach znajdował się asystent kierowcy, który pilnował, aby każdy wsiadający skasował lub kupił bilet. Kontrolerzy potrafią być bardzo surowi.
Sami widzieliśmy, jak dwójkę chłopaków bez biletów wyciągano z autobusu za fraki. Ale to już wydarzyło się w centrum Agadiru.

Pomimo tłumu do autobusu weszli wszyscy.

Nasze jasne ramiona wystające spod krótkich rękawków, podczas gdy trzymaliśmy się uchwytów pod sufitem, mocno kontrastowały z długimi rękawami pozostałych pasażerów.

Pierwsze wrażenie? Całkiem bezpiecznie. Nikt specjalnie się na nas nie gapił, a sam przejazd był przyjemny.

Kiedy dotarliśmy na przystanek najbliższy naszemu noclegowi, ruszyliśmy głównymi ulicami w stronę hostelu.

Okolica była bardzo spokojna. Co jakiś czas przechodził zbłąkany pies albo przemykał polujący kot. Dzieci, mimo że była już godzina 21, bawiły się radośnie na ulicy w wieczornym chłodzie.

Dookoła znajdowały się szerokie, w miarę czyste ulice otoczone czteropiętrowymi budynkami w kolorze piaskowym lub czerwonym. W wielu z nich działały małe biznesy, które mimo późnej pory nadal były otwarte – sklepiki, warzywniaki, tapicer, mechanik i wiele innych.

Oddaleni o około 15 minut od ścisłego centrum mieliśmy okazję zobaczyć bardziej codzienny Agadir.
Bez turystycznej otoczki, za to z dużo większym spokojem.

img 20260127 wa0002

Papaya Hostel i pierwszy wieczór

Dotarliśmy do naszego hostelu – Papaya Hostel. Jak sama nazwa wskazuje, przed budynkiem rosło wielkie drzewo papai, lekko przysłaniające sypiącą się fasadę. Owoce, niczym z obrazka, wspierały się na balkonowych balustradach. Było to najtańsze miejsce, jakie znaleźliśmy w Agadirze.

Po przejściu przez metalową bramę i drzwi wejściowe znaleźliśmy się w salonie, który – jak to w Maroku – dzielił się na część wyłożoną dywanami oraz długą ławę pokrytą poduchami.

Salon połączony był z jadalnią i niewielkim aneksem kuchennym. Typowy hostel.

Dwóch chłopaków ubranych w dżelaby przypominało trochę typowych Beduinów… tyle że z iPhone’ami
w rękach.

Jeden z nich podszedł do mnie, przywitał się uściskiem dłoni, a Ewelinę powitał zaledwie uprzejmym skinieniem głowy (w tradycyjnych lub religijnych kręgach muzułmańskich niespokrewnione osoby odmiennej płci unikają kontaktu fizycznego i dotyku. Zamiast uścisku dłoni, mężczyzna może przywitać kobietę, kładąc prawą rękę na sercu i lekko się kłaniając).

Zaoferowano nam standardową zieloną herbatę i oliwki, po czym chwilę porozmawialiśmy o celach naszej podróży i wymieniliśmy kilka informacji o sobie.

Moment później przyszedł drugi pracownik i wskazał nam przygotowany pokój.

W środku znajdowały się dwa pojedyncze łóżka, dwie lampki i balkon z widokiem na tylną ulicę. Telewizor oczywiście też był. Tyle że pełnił głównie funkcję dekoracyjną, bo nawet nie był podłączony do prądu.

Wnętrze było wykończone tak ładnie, jak pozwalały na to tamtejsze standardy. Jak to w Maroku –
od parteru aż po pokój podłoga była wyłożona marmurowymi lub granitowymi płytkami.

Co jak co, ale marmuru im nie brakuje. Mam wrażenie, że kosztuje tam tyle, co u nas panele podłogowe
z promocji w Leroy Merlin.

Po rozłożeniu bagaży wyszliśmy na spacer po okolicy w poszukiwaniu uliczek z większą liczbą knajpek
i sklepów. Bingo.

Trafiliśmy na ulicę, która na całej długości przeplatana była miejscowymi second-handami, lokalnymi jadłodajniami i kioskami. Chodniki wypełniali mieszkańcy lawirujący pomiędzy stoiskami sklepowymi, stolikami i punktami z jedzeniem.

img 20260126 wa0036

Były też stoiska ze ślimakami. Miejscowi zajadali się nimi, siedząc na barowych krzesełkach wzdłuż całej długości blatu. Widzieliśmy może dwóch turystów.

Większość mieszkańców ubierała się typowo dla tego regionu. Liczy się przede wszystkim wygoda – mężczyźni nosili długie rękawy, dżinsy i T-shirty lub dżelaby, do tego skarpety i klapki.

Kobiety, poza tutejszymi szatami, często chodziły w kompletach piżam w przeróżne wzory, z płaszczem narzuconym na wierzch i wielkimi papciami.

Przez pierwsze kilka minut zastanawialiśmy się, czy trafiliśmy na jakiś dzień chodzenia po mieście
w piżamie. Okazało się, że to po prostu codzienność 🙂

Takie miejsca lubimy najbardziej. Bez szablonowej otoczki i instagramowych kolejek – po prostu zwykłe życie miasta.

Wydaje mi się, że było tak również dlatego, że nasz nocleg znajdował się na tyle daleko od plaży
i głównych atrakcji, że większość turystów nie miała powodu, żeby się tutaj zapuszczać. Typowe miejsce dla ludzi, którzy po prostu tam mieszkają, albo dla tych, którzy szukają spokoju.

Nam na pierwszy wieczór w zupełności wystarczyło zjeść coś miejscowego, przejść się zwykłymi uliczkami, dobrze się wyspać, a rano ruszyć do centrum.

img 20260126 wa0034

Agadir – Souk El Had i twierdza na wzgórzu

Następnego dnia podjechaliśmy petit taxi, czyli małą zwykle czerwoną taksówką, do ścisłego centrum. Cztery kilometry kosztowały nas niecałe 10 zł.

obraz1

Wysiedliśmy zaraz pod targowiskiem Souk El Had. Jest to ogromny, kwadratowy bazar wypełniony kolorowymi stoiskami i otoczony wysokim murem. Z jednej strony połączony jest z meczetem Ahl al-Iman.

Była godzina 10 rano i niektórzy sprzedawcy dopiero rozkładali swoje towary. Poranne zakupy minęły więc szybko i sprawnie, bez nadmiernego nagabywania.

Po zakupie lokalnych wypieków udaliśmy się autobusem w stronę wzgórza, na którym znajduje się twierdza Kasbah Agadir Oufella.

Pod samo wzgórze dostaliśmy się jednym autobusem. Na szczyt można również dojechać,
ale zdecydowaliśmy się wejść pieszo.

Po około półgodzinnym spacerze i podziwianiu widoków na wybrzeże postanowiłem spróbować złapać stopa. Jak to mówią – kto nie ryzykuje, ten nie pije marokańskiej herbaty. Wyciągnąłem więc kciuk.

Po około pięciu minutach zatrzymał się samochód z rodziną. Po krótkiej wymianie zdań naszym podstawowym francuskim wsiedliśmy na tył wana razem z trójką dzieci. Bardzo sympatyczna rodzina.
Po dziesięciu minutach miłej rozmowy wysadzili nas na parkingu pod twierdzą.

Sama twierdza nie jest zbyt dobrze utrzymana, dlatego zwiedzanie ograniczyliśmy do spaceru po jej obwarowaniach.

Za to widoki wynagradzają wszystko.

Ze szczytu można podziwiać plażę w Agadirze, zatokę i okoliczne tereny. Szczególnie warto pojawić się tutaj przed zachodem słońca, kiedy ocean zaczyna pięknie odbijać światło.

img 20260127 wa0004

Na dół można zjechać kolejką podwieszaną. Cena biletu skutecznie przekonała nas jednak, że spacer to zdrowie : )

Plaża, marokańska whisky i tadżin

Po zejściu ze wzgórza udaliśmy się na plażę, żeby odpocząć i nacieszyć się oceanem.

Tak jak w wielu miejscach w Maroku, po plaży spacerowali sprzedawcy herbaty. Nie mogliśmy odmówić sobie jednej szklaneczki.

Herbatę tę nazywają „marokańską whisky”, choć oczywiście nie ma w niej ani grama alkoholu.
To zielona herbata z dużą ilością mięty, serwowana praktycznie w każdym lokalu gastronomicznym
i w miejscach licznie odwiedzanych przez turystów.

img 20260127 wa0016

W porze obiadowej udaliśmy się do pobliskiej restauracji L’Ardoise Gourmande.

Na stole pojawił się tadżin – typowe marokańskie danie przygotowywane w glinianym naczyniu oraz zupa harira. Obydwa dania są jednymi z podstaw marokańskiej kuchni.

img 20260127 wa0008

Po obiedzie wróciliśmy na Souk El Had, tym razem bez pośpiechu. Chcieliśmy spokojnie przejrzeć stoiska
z pamiątkami i spróbować lokalnych produktów.

Nie obyło się bez szklaneczki soku z trzciny cukrowej oraz granatu. To jedne z najczęściej spotykanych świeżo wyciskanych napojów orzeźwiających.

Dla osób, które nigdy nie widziały z bliska maszyny do wyciskania trzciny cukrowej, samo przygotowanie soku może być atrakcją.

obraz2

Jeżeli chodzi o pamiątki, można kupić praktycznie wszystko – od podróbek znanych marek po typowo marokańskie szaty i suknie.

Z drobnych pamiątek najczęściej pojawiają się porcelanowe podkładki pod napoje w pięknych wzorach, małe świeczniki w kształcie tadżinu, magnesy oraz kolorowe lampy w orientalnym stylu.

Jeżeli chodzi o jedzenie, zdecydowanie warto spróbować lokalnych wypieków – zarówno słodkich, jak
i słonych. Owoce, również te bardziej egzotyczne, najlepiej kupować na mniej komercyjnych stoiskach. Poza tym znajdziemy tutaj mnóstwo rodzajów ryb, owoców morza, serów i oliwek.

Całe zwiedzanie bazaru, razem z przerwami na przekąski, zajęło nam około półtorej godziny.

Olej arganowy i ostatni wieczór w Agadirze

Po zakupie kilku magnesów i dokładnym przejrzeniu asortymentu udaliśmy się autobusem do fabryki oleju arganowego przy ulicy N°3, Boulevard Abderrahim Bouabid.

W Agadirze znajduje się kilka takich miejsc. Warto jednak wcześniej sprawdzić opinie w Google Maps, żeby trafić tam, gdzie sprzedawane są certyfikowane produkty.

W miejscu, do którego trafiliśmy, pokazano nam proces wytwarzania oleju arganowego.
Następnie zaprezentowano nam różne produkty – od oleju spożywczego po kosmetyki.

img 20260202 wa0025

Zdecydowaliśmy się na 100-mililitrową buteleczkę oleju arganowego do potraw. Po udanych zakupach
i zwiedzaniu wróciliśmy w okolice hostelu, żeby zjeść kolację.

Na talerzu wylądowała świeża rybka, a później udaliśmy się jeszcze do fast-food’u na koftę.
Dawno nie jadłem tak dobrej ryby, a mięso z kofty pachniało niebiańsko. Pracownicy obu restauracji byli zresztą nad wyraz uprzejmi.

Po napełnieniu brzuchów wróciliśmy do hostelu, żeby dobrze się wyspać. Następnego dnia czekała nas kolejna przygoda.

Wyruszaliśmy autokarem do Marrakeszu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *