Maroko cz.2: Marrakesz – labirynt uliczek i pierwszy wieczór na Jemaa El Fna

Następnego dnia wyruszyliśmy autobusem miejskim pod Souk El Had, na którym kupiliśmy kilka słodkości, a stamtąd 20 minut na piechotę w kierunku dworca autobusowego firmy CTM.

Autobus mieliśmy około 10 rano, a sama trasa do Marrakeszu miała trwać co najmniej 4 godziny.
Cztery godziny w autobusie to już nie przelewki, więc przed odjazdem zrobiliśmy zapasy. 

Autobusy zwykle mają postój, podczas którego można skorzystać z toalety i kupić coś do jedzenia,
więc teoretycznie głodówka nam nie groziła. Teoretycznie.

Takie przystanki to zazwyczaj sklep, restauracja, stacja benzynowa i zajazd dla większych pojazdów
w jednym.

Nie zdziwiłbym się, gdyby było to z góry ustalone miejsce postoju, a kierowca miałby z tego jakiś profit.
Nie ma tam jakichś wygórowanych cen, ale jak to mamy w zwyczaju, woleliśmy trochę przyoszczędzić
i wcześniej kupić prowiant lepszej jakości za mniejszą cenę.

Już w autobusie do Marrakeszu było widać znacznie więcej turystów. W autobusie można było usłyszeć Polaków, Francuzów, Hiszpanów i Anglików. Trzeba przyznać, że Maroko jest równie obleganym państwem przez hiszpańskich turystów, co przez Francuzów, którzy przeważnie szukają kraju, w którym będą mogli rozmawiać w swoim ojczystym języku.

Po drodze minęliśmy góry Atlasu, kilka stacji i pojedyncze budynki bez dachu, które robiły pewnie jako pomieszczenie gospodarcze lub dom sezonowy na czas wypasania trzody.

Po trzech godzinach przy drodze zaczęło robić się gęściej. A z każdym kolejnym kilometrem jedno-
i dwupiętrowe budynki z drobnymi biznesami na parterze zaczęły ustępować wyższym budynkom. Kilkupiętrowym deweloperkom budowanym na obrzeżach miasta, licznym hotelom i biurowcom.

Wszystko to przeplatane było palmowymi plantami, niezagospodarowanymi działkami otoczonymi sypiącymi się murami.

Wśród przechodniów, jak to wczesnym popołudniem, pracownicy zmierzający na obiad, panie domu
w burkach z dziećmi za rękę, biznesmeni w eleganckich garniturach, a także zbłąkane dusze.

Te zbłąkane dusze, jak ich nazywam, to ludzie którzy na pierwszy rzut oka, nie wiadomo jaką historię skrywają . Mogą to być bezdomni pracujący bądź osoby, którym w obecnym momencie nie wiedzie się
w życiu. Przede wszystkim tam nie można określać człowieka po ubraniu czy powierzchownym wyglądzie.

W Maroku można być bezdomnym, ale nie zawsze głodnym czy samotnym. Przynajmniej w przypadku osób, które dobrze żyją ze swoją rodziną. W Maroku rodzina to podstawa, dlatego te osoby, które mogą liczyć na swoją rodzinę, niezależnie od swojej sytuacji, gdy tylko mają chęć, aby wyjść na prostą, znajdą pomoc wśród najbliższych.

Spacerując ulicami, niezależnie w jakiej dzielnicy, staraliśmy się zachowywać zdrowy rozsądek.
Uprzedzenia na bok i miło się uśmiechnąć. Czy do pana na stoisku, czy do dziecka, które z ciekawości powie ci „hello”, aby zwrócić twoją uwagę i lepiej się tobie przyjrzeć.

Podczas podziwiania tego pejzażu zabudowy i przechodniów mija nam pół godziny autokarem
z najodleglejszych przedmieść Marrakeszu do dworca autobusowego komunikacji CTM.

Zaraz po wyjściu z autokaru mijamy bez odpowiedzi kilku nachalnych taksówkarzy i zmierzamy w stronę przystanku autobusowego.
Po 20 minutach docieramy pod wieżę meczetu Kutubijja w ścisłym centrum.

img 20260202 wa0036

Zaczynały się godziny szczytu, a dwupasmowe drogi w centrum w mgnieniu oka zrobiły się czteropasmowe. Tutejsi kierowcy zbytnio nie przejmowali się tym, co było namalowane na jezdni.

Po wyjściu z busa przedostaliśmy się przez planty z egzotycznymi roślinami na obrzeża placu
Jemaa El-Fnaa, głównego punktu odniesienia w tym mieście, i skierowaliśmy się w stronę Kasby.
Tutaj ruch był znacznie mniejszy, choć motory i skutery nadal skutecznie przypominały, że jesteśmy
w Marrakeszu.

Cała dzielnica jest otoczona grubymi murami, przez które wchodzi się ozdobnymi portalami.
Jednym z najsłynniejszych z nich jest brama Bab Agnaou.

Większość zabudowy to piaskowo-różowe budynki zbudowane z gliny, ziemi i słomy.

Mimo tak prostego budulca wyglądają bardzo solidnie i są świetnie zachowane. Główna ulica dzielnicy, Rue de la Kasbah, to prosta ulica wypełniona restauracjami i sklepami z pamiątkami.

Jednak wystarczy skręcić w pierwszą lepszą przecznicę, aby znaleźć się w labiryncie uliczek, które często kończą się pięknymi dziedzińcami.

Taki spacer idealnie oddaje klimat Marrakeszu.

Ceny w większości restauracji czy cukierni na głównej ulicy i wychodzących z niej alejkach były naprawdę przystępne.

Zmierzaliśmy w kierunku naszego hostelu, podczas gdy muezin wyśpiewywał z pobliskiego minaretu pieśń nawołującą do popołudniowej modlitwy.

Zbliżała się pora obiadowa, więc zaczęliśmy rozglądać się za czymś do jedzenia. Po kilku godzinach
w autobusie i na spacerze, decyzja była zresztą dość oczywista – najpierw jedzenie, później reszta.  Trafiliśmy na stoisko Menara Food, w którym zaopatrzyliśmy się w shawarmę na wynos, a zaraz obok usiedliśmy w restauracji Snack Abdelladif, aby zjeść coś lokalnego na miejscu.

Oba miejsca gastronomiczne znajdują się bezpośrednio przy Grobowcach Saadytów.

W Snack Abdelladif zamówiliśmy zupę harira, szaszłyki z kurczaka i tadżin.

Po napełnieniu brzuchów udaliśmy się do naszego noclegu, aby zostawić bagaże.

Lawirując wąskimi uliczkami, to w lewo, to w prawo, dotarliśmy do rzędu niepozornych budynków.
Jeden z nich okazał się naszym noclegiem – Riad Dar Kella.

Tradycyjny marokański riad skrywa swoje piękno za surowymi, pozbawionymi okien murami, które gwarantują prywatność i kojący chłód w upalne dni.
Jego sercem jest otwarte na niebo patio ozdobione misterną marokańską mozaiką, gdzie czasem kryje się mała fontanna, orzeźwiający basen lub zielone drzewa cytrusowe.

obraz3
obraz4

Z racji, iż Marrakesz jest miejscem niezwykle aktywnym, w którym ciągle coś się dzieje, nie wiedzieliśmy, czy wytrzymamy tam więcej niż jeden nocleg.

Jednak miejsce, które znaleźliśmy, pozwalało nam na tyle odetchnąć od wszechobecnego zgiełku ulic,
że wzięliśmy drugą noc już bezpośrednio u gospodarza.

Udało nam się wynegocjować niższą cenę z wliczonym śniadaniem. Kto pyta, nie przepłaca : )

Po wejściu do noclegu pani w burce, o uprzejmym spojrzeniu, usadowiła nas na wygodnej kanapie w patio i poczęstowała herbatą oraz kulkami daktylowymi. W międzyczasie zebrała od nas paszporty, aby dokonać niezbędnych formalności i nas zarejestrować.

Po wypitej herbatce zjawiła się ponownie i po wejściu krętymi, mozaikowymi schodkami dotarliśmy na balkon otaczający patio. Wzdłuż niego znajdowały się niebieskie drewniane okiennice i drzwi.

Po otwarciu drzwi do pokoju trochę nas zatkało. Po wcześniejszym Papaya Hostelu różnica była dość wyraźna.

Prostokątne pomieszczenie z wielkim łożem, drobnymi błękitnymi meblami i drzwiami do łazienki. Samo wejście do łazienki miało kształt wejścia do sali pałacowej, a łazienka była wykończona misternie ułożoną glazurą.

Ściany były zachowane w starym stylu, czyli różowawej, glinianej ściany.

Cały pokój miał trochę klimat bajki o Aladynie, tylko zamiast lampy z dżinem mieliśmy klimatyzację.

Mimo że okna wychodziły na balkon, okiennice i solidne kurtyny zapewniały odpowiedni stopień prywatności.

Po rozpakowaniu się i mini drzemce wyszliśmy na miasto w kierunku placu El Fnaa, aby na jego obrzeżu znaleźć kawiarnię z tak zwanym rooftop’em, czyli ogródkiem na dachu, aby mieć doskonały widok na plac o zachodzie słońca.

Trafiliśmy na Cafe de France. Zamówiliśmy kawkę i zajęliśmy miejsce z widokiem na plac.

Warto przyjść tam już około godziny wcześniej, ponieważ wiele osób zajmuje stoliki i miejsca przy barierce od strony zachodu dużo wcześniej.

Po zachodzie obserwowaliśmy, jak niebo z karmazynowego koloru przechodzi w czerń, a plac rozświetlają światła na straganach i otaczających go budynkach.

obraz7

W samym centrum placu znajduje się około 100 ułożonych w rzędach straganów w większości
o charakterystycznych zielonych zadaszeniach.

Każde stoisko ma swój numer. Przechodząc pomiędzy uliczkami, naganiacze zachęcają do odwiedzenia swojego stoiska, podając jego numer.

Każde ze stanowisk serwuje lokalną kuchnię lub soki wyciskane z tropikalnych owoców.

Zawsze pada podstawowe pytanie: „Where r you from?”, chyba że wprawiony sprzedawca rozpozna twój język.

Marokańczycy to prawdziwi poligloci i bardzo szybko podchwytują potrzebne zwroty do zachęcenia klienta. W naszym przypadku były to teksty typu: „Taniej niż w Biedronce!”, „Makłowicz, Magda Gessler!” czy „Nie ma sraczki, nie ma żarcia!” 😀

Jeden gościu nawet pokazał nam swoje zdjęcie z Makłowiczem. Prawdziwe.

Sprawdziliśmy jego odcinek z Marrakeszu.

Jeżeli jednym z waszych głównych wyznaczników w podróży jest lokalna kuchnia, polecam obejrzeć Makłowicza z tego kraju na YouTube, aby złapać klimat i dowiedzieć się o podstawach lokalnej kuchni
i kultury.

Dookoła straganów znajdują się food trucki, ale serwują one głównie koktajle, soki i kubeczki z krojonymi tropikalnymi owocami.

Są również sprzedawcy wypieków, którzy sprzedają swoje specjały, wożąc towar na wózeczku bądź lawirując z obładowaną tacą między ludźmi.

Spróbowaliśmy. Było naprawdę dobre i kosztowało niewiele.

Poza tym są też zaklinacze węży grający na piszczałce, ludzie z wężami i małpami na ramieniu.
Do tych lepiej nie podchodzić i nawet ich ignorować. Do tych atrakcji podchodziliśmy z dystansem.
Łatwo było się przekonać, że niewinne zdjęcie może szybko przestać być darmowe.

A już najgorszą tego typu atrakcją są kobry, które niby zaklęte reagują na muzykę fujarki. Te węże są najczęściej oślepiane poprzez zaklejanie oczu woskiem, a kły mają wyłamywane…

Nie warto tego wspierać poprzez poświęcanie im swojej uwagi, czy dawanie pieniędzy.

Z bardziej przyjemnych atrakcji są grupy Berberów, grających muzykę Gnawa na niespotykanych instrumentach. W niektórych przypadkach wewnątrz koła znajdują się osoby w specjalnych szatach i fezie, którzy kręcąc głową wykonują taniec mający ich wprowadzić w trans.

Muzyka Gnawa i ten taniec pochodzą z czasów niewolnictwa. Samo słowo Gnawa pochodzi od berberyjskiego słowa Aguinaw, co oznacza Czarny człowiek.

Część tego przedstawienia była oczywiście przygotowana pod turystów, ale i tak zatrzymaliśmy się
na chwilę, żeby popatrzeć.

Po obejściu placu można udać się na północ w stronę wielkiego bazaru, znajdującego się na licznych, krętych i zadaszonych uliczkach, między innymi pod nazwami Souk El Bahia i Souk Semmarine.

Pięknie to wygląda.

obraz8

Asortyment podobny do tego na wielkim bazarze w Agadirze.

Wydaje mi się, że wieczorem było trochę za późno na wizytę na bazarze, ponieważ wiele straganów jest wtedy zamykanych. Lepiej wybrać się rano lub wczesnym popołudniem, dzięki czemu możemy się natknąć na przeróżnych rzemieślników wyrabiających właśnie te cudne przedmioty, które później lądują
na straganach.

Casablanca przy rytmach muzyki

Szukaliśmy miejsca z muzyką na żywo i piwkiem.

W pobliżu placu znaleźliśmy Jazz Bar połączony z restauracją La Pergola.

Po wejściu w niepozorne przejście w uliczce znaleźliśmy się na dziedzińcu riadu, z prostokątnym basenem pośrodku, wokół którego w doniczkach rosły drobne cyprysy. Ludzie przy stolikach zajadali się wyśmienicie wyglądającymi daniami.

W jednym z portali na obrzeżu tego wielkiego riadu przerobionego na bar i restaurację ciemnoskóra piosenkarka o bujnym afro śpiewała anielskim głosem piosenkę „Smooth Operator” od Sade.

Naszym celem na ten wieczór było wypicie piwa Casablanca przy rytmach tutejszej muzyki.

Jak się okazało, napoje alkoholowe bez jedzenia można było wypić, ale w znajdującym się po lewej od „sceny” pomieszczeniu. Były tam małe, okrągłe stoliczki z wieczornymi lampkami i wykończony w drewnie bar.

Może i nie grano marokańskiej muzyki i nie mieliśmy miejsc naprzeciw zespołu i piosenkarki.
Jednak z naszego stolika mieliśmy bezpośredni widok na pana z kontrabasem i na wokalistkę.

Wsłuchując się w rytm muzyki i podziwiając zespół przez okno portalu wychodzącego na dziedziniec, sączyliśmy zimne piwko Casablanca.

screenshot 20260919 202121 youtube

Atmosfera jak z Jamesa Bonda, który podczas swojej misji w Maroku spotyka się z piękną niewiastą
w klimatycznym barze.

Ta chwila zapadła mi w pamięci.

Z uśmiechem na ustach wyszliśmy z klubu i przeszliśmy przez brzeg placu Jemaa El Fna, aby jeszcze raz wsłuchać się w dźwięk, który przypomina typowy gwar uliczny z filmów przedstawiających wydarzenia sprzed przeszło 2000 lat.

Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu, podziwiając ulice i wsłuchując się w otoczenie, z krótkimi przerwami na wymianę wrażeń z miejsca tak odmiennego od dotąd odwiedzanych przez nas miejsc.
Kolejny dzień w Marakeszu rozpoczęliśmy od pysznego śniadania w marokańskim stylu, zaserwowanego w naszym hostelu.

obraz9

Zaraz po nim spakowaliśmy nasze rzeczy i zapytaliśmy właściciela, czy możemy zostawić bagaże na miejscu – dzięki temu mogliśmy ruszyć na miasto bez niepotrzebnego balastu i wrócić po nie dopiero
po zwiedzaniu.

Pałac Bahia – mozaiki i cytrusowe dziedzińce
Naszym pierwszym punktem był pałac Bahia. Budowla ta powstała pod koniec XIX wieku jako prywatna rezydencja wielkiego wezyra, który postanowił stworzyć najbardziej zachwycający pałac swoich czasów dla swojej rodziny i haremu. Sam kompleks robił ogromne wrażenie – mozaiki, rzeźbione drewno, marmurowe dziedzińce i dużo zieleni.

img 20260129 wa0025
obraz10

Po sprawnym obejrzeniu pałacu wróciliśmy do hostelu po pozostawiony bagaż. Z racji, że do autobusu
do kolejnej miejscowości – Essaouiry – nie zostało nam już wiele czasu, zabraliśmy rzeczy i ruszyliśmy
w stronę meczetu Kutubijja. Zaraz za nim znajduje się przyjemny park, więc kupiliśmy po kubku świeżo wyciskanego soku z trzciny cukrowej i usiedliśmy w cieniu palm oraz drzew mandarynowych, żeby chwilę odpocząć przed podróżą.

W drodze nad Atlantyk

Po krótkim odpoczynku wyszliśmy na główną ulicę i złapaliśmy pierwszy lepszy autobus miejski jadący
w stronę dworca CTM. Wszystko poszło sprawnie – dotarliśmy na miejsce z zapasem czasu i we wczesnych godzinach popołudniowych wsiedliśmy w autobus do Essaouiry. Przed nami była około trzygodzinna trasa.

————————————————————-

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *