Maroko cz.3 – Klisza z marokańskiej prowincji

Trasa z Marrakeszu do Essaouiry wiodła przez surowy krajobraz, gdzie płaskie pastwiska z rzadka przerywały małe miejscowości z jednopiętrową zabudową. Mieszkańcy prowadzili tu drobne biznesy
i gastronomię dla przejezdnych, a handlarze tworzyli improwizowane stragany wprost z otwartych bagażników zaparkowanych aut. Cały ten przesuwający się za oknem widok przypominał bajkę na kliszy albo tradycyjny, przewijany na taśmie teatrzyk rolkowy.

screenshot 20260919 204748 youtube

Pierwsze spojrzenie na Miasto Wiatru

Po wjeździe do Essaouiry autobus jechał wzdłuż morskiego bulwaru, gdzie szeroką promenadę i plażę od ulicy oddzielał rząd palm. Z okna widzieliśmy rozbijające się o brzeg potężne fale Atlantyku, otwarte boiska do piłki nożnej oraz małe skwerki z ławkami w cieniu zieleni, idealne do spędzania wolnego czasu.

Essaouira to w końcu nadmorskie miasto wiatru i artystów, wyróżniające się potężnymi, XVIII-wiecznymi fortami bastionowymi oraz biało-niebieską medyną wpisaną na listę UNESCO.
Od reszty Maroka odróżnia ją wyczuwalny, niespieszny, portowy klimat, chłodniejsza bryza od Atlantyku oraz słynna tradycja serfowania i obróbki drewna tuja.

​Po zameldowaniu i zostawieniu bagaży w noclegu poszliśmy na zakupy do Carrefour’a, aby zaopatrzyć się w wino szare i piwo Casablanca po drodze mijając stado wielbłądów maszerujących jeden za drugim brzegiem ulicy.

obraz11

Następnie skierowaliśmy się prosto na plażę. Odrzuciliśmy pośpiech z całego dnia, usiedliśmy przy brzegu i po prostu daliśmy sobie czas na wyciszenie – patrząc na szumiące fale Atlantyku i chłonąc morską bryzę.

img 20260202 wa0006

Niedługo potem ruszyliśmy w głąb medyny. Zagubienie się w tutejszych uliczkach to czysta przyjemność: zewsząd otaczały nas charakterystyczne białe elewacje z głębokimi, niebieskimi wykończeniami drzwi
i okiennic. Stragany dosłownie tętniły życiem – mijaliśmy rzemieślników oferujących misterne wyroby z pachnącego drewna tuja, tradycyjną ceramikę, kolorowe dywany oraz misy pełne naturalnych przypraw
i czystego oleju arganowego.

Muzyka, wiatr i zachód słońca na skalistym wybrzeżu Na koniec dnia wyszliśmy na nadmorską promenadę przy fortyfikacjach, gdzie wybrzeże przechodzi w surowe, ciemne skały. W oddali z wody wyłaniały się wysepki i historyczne mury, a z każdą minutą zachodzące słońce zmieniało paletę barw nieba, rzucając na skaliste formacje niezwykłe odcienie złotego, różu i fioletu.

img 20260202 wa0011

Wokół panował genialny klimat – nieopodal grał DJ, serwując niszową, rytmiczną muzykę, która idealnie komponowała się z szumem spienionych fal. Razem z innymi spacerowiczami przechodziliśmy ze skały na skałę, szukając najlepszych kadrów. Połączenie tej hipnotyzującej muzyki, potęgi uderzającego o skały oceanu i płynnej zmiany kolorów morza stworzyło obraz, który naprawdę zapadł nam w pamięć na zawsze.

Wieczorna medyna i bajkowe fortyfikacje

Gdy zrobiło się ciemno, wróciliśmy w głąb medyny, by zobaczyć, jak miasto zmienia swoje oblicze po zmroku. Wąskie uliczki i jasne fasady, oświetlone jedynie ciepłym światłem latarń, zyskały zupełnie nowy, tajemniczy charakter. Dotarliśmy do monumentalnych murów obronnych – tutejsze fortyfikacje z charakterystycznymi, idealnie rzeźbionymi schodkami na szczycie murów nadawało wygląd jak ze scenografii historycznego filmu. Co ciekawe, wieczorem miasto wyraźnie ożyło: na ulice wyległy tłumy
i wyłoniło się znacznie więcej zagranicznych turystów niż było widać w ciągu upalnego dnia.

img 20260202 wa0010

Poranny spacer i kawa przed trasą na południe

Ostatni poranek w Essaouirze postanowiliśmy wykorzystać na niespieszne pożegnanie z miastem. Zanim nadmorskie uliczki na dobre wypełniły się ludźmi, wybraliśmy się na krótki spacer w głąb medyny, poszukując zakamarków, w których lokalni rzemieślnicy tworzą swoje kraftowe wyroby.
Obserwowanie powolnego rytmu budzącego się warsztatu ma w sobie niezwykły urok.

img 20260202 wa0008

Na koniec wybraliśmy się na poranne stragany rozkładane przez rybaków na falochronach, aby spróbować rzadziej dla nas spotykanych świeżych owoców morskich. I tak za cene 20 zł spróbowaliśmy świeżych jeżowców z których środek wybierało się łyżką jak miąższ z awokado. Ponadto spróbowaliśmy dwóch rodzajów ostryg, których jedzenie przypominało trochę picie shot’a.
Raz dwa trzy i chlup. Wszystko było wyłowione i zaserwowane tego samego poranka. Niebo w gębie.

img 20260131 wa0011
img 20260202 wa0032

Na poranną dawkę kofeiny wstąpiliśmy do Curly Coffee – klimatycznej kawiarni, która okazała się idealnym miejscem na złapanie oddechu przy świetnej kawie. Doładowani energią i spakowani, ruszyliśmy na dworzec, by złapać autobus w kierunku południowym. Naszym celem były okolice surferskiego Taghazout, a sam nocleg znaleźliśmy w pobliskiej wiosce Tamraght Oufella.

Jadąc stamtąd autobusem, mknęliśmy drogami zawieszonymi na zboczach wysokich wzniesień, z których roztaczał się spektakularny widok na ocean. Z tej perspektywy obserwowaliśmy niezwykle szerokie, równomierne i rozległe fale – widok, jakiego nie mieliśmy okazji doświadczyć nigdy wcześniej.
Niektóre z nich płynęły po widnokręgu idealnie równo z naszym autobusem, a silny wiatr rozdmuchiwał ich zwieńczenia w puszyste, białe grzywy morskiej bryzy.

Tamraght Oufella – surferski azyl na zboczu Tamraght Oufella to skromna, kameralna wioska malowniczo osadzona na zboczu, w okolicy plaży w Taghazout. Jej klimat od razu przyciąga surferów oraz cyfrowych nomadów. W tej wiosce której spędziliśmy nasze dwa ostatnie noclegi przed powrotem do Polski, Zatrzymując się w hostelu Diman Surf Club prowadzonym przez przesympatycznego Oussama’e
o nie przeniknionym spojrzeniu.  Miasteczko tętni prostotą: znajdziecie tu urokliwe kawiarnie oraz zwykłe sklepiki oferujące dokładnie to, co niezbędne. Ludzie prowadzą je z ogromnym sercem – jeden ze sprzedawców bez wahania podarował nam wodę mineralną, by zrobić nam miły dzień.
Z racji położenia na wzgórzu, niemal każdy hostel dysponuje własnym rooftopem z widokiem na ocean
i majaczące w oddali Taghazout.

obraz12

Magia pierwszego wieczoru na plaży

Gdy nadszedł wieczór, wzięliśmy butelkę szarego wina i zeszliśmy na wyciszoną, płaską plażę ujętą z obu stron w ramy wysokich skał. Usiedliśmy na brzegu, popijając wino i chłonąc widok słońca, które powoli zachodziło nad oceanem. A po plaży przechadzali się miejscowi oferujący przejażdżki konne. Widok ciemnych sylwetek koni z jeźdźcami galopujących po mokrym piasku – od lewej do prawej strony wybrzeża – tworzył na tle rozpromienionego nieba niezwykły, niemal filmowy teatr cieni.

img 20260202 wa0031

Po tym spektakularnym widowisku wybraliśmy się na kolację do prowizorycznej knajpki tuż naprzeciwko naszego hostelu. Było to małe, skromne miejsce urządzone w garażu, w którym starszy pan serwował jedzenie, a przed wjazdem wystawiał proste, czerwone plastikowe stoły i krzesełka.
Usiedliśmy przy nich ramię w ramię z kilkoma lokalnymi mieszkańcami i zjedliśmy po pożywnej, tradycyjnej zupie harira.

Spacer brzegiem oceanu i surferski tunel w Taghazout
Kolejnego dnia ruszyliśmy pieszo promenadą z Tamraght Oufella w stronę plaży przy Taghazout.
Gdy dotarliśmy na miejsce, zagłębiliśmy się w ciasne uliczki między kolorowymi, hipsterskimi budynkami,
z których słynie to miasteczko.

img 20260202 wa0029

Szukając dobrych punktów widokowych, trafiliśmy na taras z kapitalnym widokiem na wybrzeże pełne osób stawiających swoje pierwsze kroki na desce.

Jednak prawdziwą magią był widok doświadczonych surferów. Po raz pierwszy na własne oczy zobaczyliśmy coś, co do tej pory znaliśmy tylko z filmów – surferzy łapali potężne fale i wprawne manewry pozwalały im płynąć wewnątrz wodnego tunelu przez kilkanaście sekund, by na koniec płynnie z niego wyskoczyć. Obserwowanie zarówno tych mistrzowskich przejazdów, jak i nieudanych prób innych pasjonatów było dla nas niesamowicie wciągającym doświadczeniem.

Tadżin z owocami morza i uciekający kucharz

Po powrocie z Taghazout wybraliśmy się do pobliskiej restauracji na kolację, decydując się na lokalny tadżin w wersji z owocami morza. Danie było naprawdę pyszne i świetnie doprawione, ale samemu posiłkowi towarzyszyła niezwykle osobliwa sytuacja. Kelner przyjął od nas zamówienie, przekazał je
do kuchni, po czym z pobliskiego minaretu rozległo się donośne wołanie muezina do modlitwy. Mężczyzna bez słowa wyszedł z lokalu, wsiadł na skuter i odjechał w siną dal – jak się domyślamy, prosto do meczetu. Zostawił w kuchni swojego kolegę, który bez mrugnięcia okiem dokończył gotowanie i podał nam parujące dania. Gdy skończyliśmy jeść, pierwszy kucharz po prostu wrócił z modlitwy, jak gdyby nigdy nic wszedł do kuchni, wrócił z rachunkiem i z uśmiechem przyjął od nas zapłatę.

img 20260202 wa0034

Ostatnie negocjacje i powrót w grand taxi

Następnego dnia spakowaliśmy plecaki i zeszliśmy z górnej części Tamraght Oufella do głównej drogi na przystanek, z którego odjeżdżają miejskie autobusy do Agadiru – przejazd nimi do centrum kosztuje około 10 dirhamów (8zł). Usiedliśmy na ławce, nigdzie się nie spiesząc. W Maroku cierpliwość jest najlepszą walutą: co chwilę zatrzymywali się przy nas kierowcy taksówek, z każdym przejazdem oferując coraz niższe stawki. Jeden z taksówkarzy w końcu zorientował się, że jesteśmy zdeterminowani poczekać na autobus, więc machnął ręką i zgodził się zabrać nas do Agadiru za równowartość kilkunastu złotych – zaledwie parę groszy więcej niż zapłacilibyśmy za bilety autobusowe. Jechaliśmy tradycyjną taksówką dzieloną (grand taxi). Kierowca miał początkowo dość nietęgą minę, że zgodził się na taką cenę, ale szybko odrobił sobie tę stawkę po drodze, zabierając kolejnych pasażerów z pobocza.

Szybki tadżin i quadami po Parku Narodowym Souss-Massa

Po dotarciu do centrum Agadiru zjedliśmy szybki, pożegnalny tadżin, po czym ruszyliśmy na jedną
z głównych atrakcji całego wyjazdu – dwugodzinną wyprawę na quadach. Za zaledwie 50 zł od osoby udało nam się zarezerwować przejazd po terenie Parku Narodowego Souss-Massa, położonego około kilkunastu kilometrów na południowy zachód od miasta. Z racji, że był to nasz pierwszy przejazd zdecydowaliśmy się na przejażdżkę we dwójkę na jednym quadzie, aby się zmieniać.
I tak przemierzaliśmy surowe, piaszczyste ścieżki i dzikie tereny parku.

Trasa miała wyjątkowo urokliwe przystanki. W połowie drogi zatrzymaliśmy się w małym, ustronnym gospodarstwie, w którym hodowano strusie, egzotyczne odmiany bażantów i inne niezwykłe ptaki.
Lokalny Berber poczęstował nas tam tradycyjną, słodką herbatą miętową, a my – wraz z towarzyszącą nam rodzinką z dwójką dzieci – odwdzięczyliśmy się drobnym napiwkiem. Chwilę później ruszyliśmy w stronę oceanu. Zwieńczeniem trasy był postój na dzikim wybrzeżu, gdzie mieliśmy czas na spacer po skalistym brzegu i zbieranie muszli.

obraz13

Po powrocie z quadowego safari nie musieliśmy się już pakować – od momentu opuszczenia Tamraght Oufella cały nasz ekwipunek mieliśmy ze sobą w postaci dwóch małych, bezpłatnych plecaków do Wizzaira (bluza i kurtka na siebie). Przepakowaliśmy tylko drobiazgi, poukładaliśmy zebrane muszelki i prosto z bazy ruszyliśmy w stronę lotniska, zamykając naszą marokańską przygodę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *